Ślepa kurka w Tychach

W zeszłym tygodniu wraz z koleżankami miałam przyjemność odwiedzić nowo powstałą restaurację w Tychach o swojskiej nazwie Ślepa kurka. Podziwiam właścicieli za tę odważną decyzję, bo otwierać lokal w tak trudnym czasie, to nie lada wyzwanie. 


W dobie obecnej pandemii pojawienie się rynku po tym jak cała gastro dostała nieźle w kość to bardzo trudne wyzwanie. Trzeba nie tylko wejść na ten rynek z przytupem, pokazać się od jak najlepszej strony, zaserwować coś czego inni nie mają, żeby przyciągnąć do siebie ludzi, którzy od miesięcy nie wychodzą do lokali w obawie przed wirusem. W dodatku restauracja jest w samym centrum Tychów tuż przy City Point, w otoczeniu barów, knajpek i innych restauracji. Trudne otoczenie, bo konkurencja silna i ze stałą już klientelą. Więc jaki pomysł mają właściciele Ślepej kurki, by przyciągnąć do siebie gości z niedalekich blogów, nie tylko na niedzielny obiad, ale w każdą wolną chwilę na piwo czy przekąskę i by wybierali akurat ich? Wydaje mi się, że mają dobry patent i ich Ślepa kurka powinna zacząć znosić im wkrótce złote jaja.. ale o tym za chwilę..


A co piszą i mówią o sobie… “Restauracja Ślepa kura to miejsce, w którym poczujesz się jak w domu. Tradycyjne polskie smaki z produktów najwyższej jakości od lokalnych dostawców sprawią, że przypomnicie sobie smaki z dzieciństwa. Smaki, które kojarzą się Wam z kuchnią Waszej Babci. Sami czerpiemy inspirację do naszych dań ze zbioru przepisów od naszej Seniorki (Zeszyt Babci możecie zobaczyć w naszej restauracji - jest to nasza cenna pamiątka). Pyszne jedzenie w połączeniu z przytulnym wnętrzem tworzy miejsce, do którego będziecie chcieli wracać”.


Czy jest tam tak faktycznie? Zobaczmy.
Restauracja wita przytulnym ogródkiem, czekają na was ławy i stoły z palet, do tego leżaki, folkowe dekoracje, a wieczorem blask świec. Mało przytulne i atrakcyjne wejście zamieniono w coś bardzo klimatycznego i modnego. 


W środku przywita was kolorowy, żywy wystrój nawiązujący do wsi, pól i łąk, z mnóstwem zieleni i regionalnych elementów. 



Na środku restauracji stoi rzecz cudowna, fantastyczna i myślę, że niejedna z was będzie z zachwytem patrzeć na to cudo, szczególnie jeśli nie miała szczęścia odziedziczyć zeszytu ze starymi przepisami po swojej babci czy mamie. 


Takie receptury z lat 40, 50, 60-tych to teraz perełka na wagę złota. Fajnie, że w tym miejscu przypomina się o tradycji, starych recepturach, do których  w swoim zamyśle chce restauracja nawiązywać.


Co do menu to muszę powiedzieć że bardzo podobała mi się karta, bo jej grafika jest idealnie spójna z typem restauracji i nawiązuje do polskiej wsi, a do tego konkretna, bo kilka dań z każdego rodzaju, nieprzeładowana, wystarczająca by móc ją zmieniać sezonowo.


I tak w menu znajdziecie przystawki jak pierogi z soczewicą, wyborne naprawdę, czy placki ziemniaczane z wędzonym łososiem i śmietaną.


Zup nie próbowałyśmy, ale krem z kurczaka brzmi interesująco i myślę że następnym razem się skuszę. Na uwagę zasługuje podanie rosołu, bo rzadko się zdarza by restaurację podawały go w wazie, a tu tak właśnie robią.

W daniach głównych głownie drób, ale oczywiście znajdziecie tam też roladę śląską bo przecież jak Śląsk to nie może jej zabraknąć menu, ale także tradycyjnego kotleta schabowego smażonego z kością podanego z wyjątkowym puree musztardowym i kapustą zasmażaną. Ja jednak skusiłam się na delikatnego grillowanego fileta z indyka, w sosie grzybowym,  z ziemniaczki podsmażanymi z ziołami i kapustą zasmażaną. Mimo dodatku smażonych ziemniaków i smażonej kapusty danie nie było ciężkie, lecz wyjątkowo lekkie, wszystko bardzo fajnie się komponowało, a indyk który z reguły ma tendencje do bycia  suchym i wiórowanym tutaj był soczysty i bardzo delikatny. Polecam.


Dla osób, które  chcą wpaść tylko na piwo i coś do niego przegryźć też jest kilka fajnych pozycji jaką śliwki w boczku czy podpłomyk na sosie śmietanowym z boczkiem i cebulką. Uwierzcie mi to jest ogromny podpłomyk.


Łasuchy też coś dla siebie znajdą, bo w karcie są 4 desery lody, beza, czy tarta z białą czekoladą i owocami. Idealny wyrób cukierniczy, smakowała i wyglądała tak jak powinna. Wielbiciele słodyczy się nie zawiodą.


Jednak to nie tym restauracja chce przyciągnąć klientów… jej patent na sukces to dania w brytfance. Takiej propozycji nie ma w żadnej restauracji, to pozycja wyjątkowa w menu tej restauracji. 


To danie jest podawane w brytfance na spotkanie rodzinne z przyjaciółmi czy biznesowe, idealne dla 3-4 osób. Do wyboru kurczak po polsku lub kaczka w pomarańczach lub gęś cytrynowa. Dobrać do tego można 3 dodatki w cenie: ziemniaki smażone z ziołami, kapusta biała zasmażana, buraki z serem feta, kluski śląskie, mizeria, bukiet warzyw, mix sałat, kasza kuskus.


To wszystko podane jest w towarzystwie warzyw, a kucharz na waszych oczach mięso porcjuje i daje wam kawałki zgodnie z życzeniem. Skrzydełko czy nóżka?

Na stole czeka też miska z wodą, bo wiadomo że warto przed posiłkiem umyć ręce, a w trakcie móc je opłukać, bo przecież Polacy uwielbiają jeść drób palcami, a dzieci to już szczególnie. Tak więc brawo za pomysł.


My jadłyśmy kurczaka nadzianego po polsku z buraczki z fetą, sosem porowym i smażonymi ziemniakami. Kurczak w bardzo dobrej marynacie (tylko ciut za dużo gruboziarnistej soli), był delikatny i soczysty. 
Mały minus za trochę suche nadzienie, brakowało mi tam smaku wątróbki, którą bardzo często się faszeruje kurczaka, dzięki czemu nadzienie byłoby wilgotniejsze. A może to tylko mała wpadka kucharza? Nie wiem, przekonam się gdy wrócę tam ponownie, szczególnie że ta kaczka w pomarańczach kusi i to bardzo. 
Taki kurczak wystarczy za obiad dla całej rodziny, więc i oszczędzicie zamawiając go, bo zapewne wyjdzie taniej niż 3 lub 4 pojedyncze obiady, a najecie się nim tak samo. Tylko pamiętajcie, że jest na zamówienie, więc warto wcześniej wizytę tam przemyśleć.


Co do picia zamówiłyśmy lemoniadę ogórkową. Trochę byłam sceptyczna, bo jakoś do tej pory nie trafiłam na dobre jej wykonanie, tymczasem tutaj mnie urzekła. To połączenie zielonego ogórka, limonki i ogrodowej mięty z dużą ilością lodu. Uwaga warto zamówić od razu duży litrowy dzbanek, bo będziecie chcieli jej więcej, a duża karafka się bardziej opłaca niż mała porcja. Bezalkoholowe rzemieślnicze piwo arbuzowe z browaru Wąsosz pod Częstochową  też jest świetne.  Polecam.


Oczywiście dzieci też znajdą coś dla siebie jak placuszek ziemniaczany na słodko przygotowywany ze świeżych, ekologicznych produktów od lokalnych dostawców.

Powiem tak, kolacja była udana, wyszłyśmy objedzone jak bąki z głębokim postanowieniem że wrócimy tym razem z rodzinami by spróbować innych pozycji menu. Tak więc mogę z czystym sumieniem polecić zarówno restaurację, jak i obsługę (wybaczcie jeśli coś będzie nie tak ale jeszcze się uczą) a wszystkie niedociągnięcia nadrabiają sympatią i sercem jakie wkładają w to przedsięwzięcie.

Lecz żeby nie było tak całkowicie różowo to muszę dolać łyżkę dziegciu na koniec... czyli co mi powiedzmy przeszkadzało, czy też nie do końca pasowało, szczególnie po dokładnym przeanalizowaniu menu.
Jak już mówiłam w zamyśle ma być to restauracja typowo polska, sięgająca polskiej tradycji, korzystająca z lokalnych produktów. Ok, chwali się to i to bardzo. To co w takim razie  w tym menu robi parmezan, suszone pomidory, rukola, mozzarella czy camembert? Nie wspominając o włoskim makaronie  spaghetti aglio e olio? To nie są na polskie produkty, ani polska kuchnia. Przecież na dobrą sprawę te wszystkie produkty mają polskie odpowiedniki. Wydaje mi się, że kucharze tak się przyzwyczaili do “włoszczyzny”, że uważają że na świecie istnieje tylko jeden ser - parmezan. A przecież mamy cudowny polski Dziugas czy Bursztyn nieustępujący smakiem parmezanowi, a wręcz przeciwnie, w polskich daniach komponuje się znacznie lepiej. Tak samo z mozzarellą, czy warto ją pakować do takiej karty, czy może poszukać rodzimego zamiennika, typowo naszego sera. Mozzarella to ser parzony, a my przecież też mamy polskie sery parzone, jak chociażby sery tatrzańskie tj. oszczypek, nitki (faruki), redykołka, ser gazdowski, parzenica. Poza tym jest niedoceniany bundz, bryndza, ser koryciński, lazur, czy cudowne sery kozie. Jeden z polskich lokalnych producentów Gienio Mientkiewicz swoje kozie wyroby sprzedaje do francuskich restauracji, bo tak są dobre i wybitne. Więc czy camembert naprawdę pasuje do cudownej polskiej czy śląskiej kuchni? Podobnie rzecz ma się z suszonymi pomidorami. Ten sycylijski wynalazek tak naprawdę dobry jest tylko na Sycylii, z pomidorów suszonych pod sycylijskim słońcem, a tymczasem w co drugim daniu w restauracjach w Polsce są suszone pomidory, bo kucharze zapominają o rodowodzie tego produktu. Może warto go usunąć z waszej karty albo zamienić na coś co bardziej pasuje do waszej idei “Stworzyliśmy restaurację gdzie najważniejsze jest zdrowie oraz Polska tradycja.” 
Rukolę pominę milczeniem, bo sami chyba najlepiej wiecie, że to kolejny śródziemnomorski wynalazek od niedawna królujący na polskich stołach. I właściwie to tyle..  jeśli to ma być kuchnia polska, czy kuchnia śląska po prostu przemyślcie składniki i produkty z których tworzycie dania, bo powstaje momentami dysonans.
Ps. w Imielinie macie lokalną winnicę ze świetnymi winami, a w Bieruniu piwo Hajer… tak tylko mówię… wiecie co lokalne to lokalne.. 
Reasumując wpadajcie do Ślepej kurki, bo ona was dobrze ugości, nakarmi i napoi i spędzicie tam naprawdę miło i smacznie czas. Dajcie jej szanse szczególnie teraz a nie zawiedziecie się. Polecam kurczaka.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 Bernika - mój kulinarny pamiętnik , Blogger